Idąc z dzieckiem do lekarza oczekujemy pomocy, którą pediatra powinien udzielić. Ale nie zawsze tak jest. Nie dość, że czekamy w kolejce pomimo, że rzekomo były ustalone godziny to dodatkowo wchodząc do gabinetu i przygotowując dziecko do badania okazuje się iż badanie było jedną wielką pomyłką. Przykładem może być sytuacja zaistniała nie daleki czas temu u pediatry córki. Wysoka gorączka, szmer w klatce piersiowej.
Choroba? Zaczerwienione gardło. Po trzech dniach od wizyty wezwałam pediatrę z tak zwanej „wjazdówki”. Po przebadaniu dziecka okazało się, że gardło jest zdrowe jednak lekarz z przykrością stwierdził iż dziecko ma zapalenie oskrzeli. Nie dopatrzenie lekarza spowodowało spustoszenie w portfelu. Niebagatelna suma wylądowała w kieszeni pana doktora (a ponieważ piątek jest liczony jako weekend- bez komentarza- suma powiększyła się o kilkadziesiąt złotych) natomiast druga połowa wzbogaciła kasę apteki. I gdyby nie wina lekarza z przychodni który wystawił złą diagnozę dziecko nie musiało by łykać antybiotyku. Polskie realia NFZ pokazują jak bardzo jesteśmy w tyle innych krajów UE.
Copyright @ 2010 Służba zdrowia